<
1 /

A PHP Error was encountered

Severity: Notice

Message: Undefined variable: galleryPhotos

Filename: subpages/work.php

Line Number: 67

0
>
>>

WYWIAD PRZEPROWADZONY Z JADWIGĄ SAWICKĄ PRZEZ MONIKĘ MASŁOŃ I STEFANA PARUCHA

Zawsze zaczynamy pytaniem o pierwsze doświadczenie z plastyką w szkole i w domu
Gdy chodziłam do szkoły to był przedmiot, nie pamiętam jak się nazywał, mówiło się rysunki. Był prowadzony przez przypadkowe osoby, nauczycielkę od polskiego, panią od matematyki. Polegał głównie na malowaniu plakatów, robieniu czapek górniczych na czwartego grudnia itp. Oczywiście rysowałam też sama dla siebie. To była zawsze mała postać na środku kartki. Opowiadałam sobie przy tym różne historie. Układałam w głowie rozmaite narracje. Gdybym popatrzyła na te obrazki teraz i miała je ocenić, to nie uznałabym ich za dzieła szczególnie zdolnego dziecka. Dopiero pod koniec ósmej klasy zapisałam się na kółko plastyczne. Okazało
się, że namalowanie obrazka nie jest zupełnie prywatną rzeczą, gdy na przykład ktoś patrzy i pyta się dlaczego tutaj nie ma tła. Zobaczyłam, że dzięki moim pracom tworzy się dialog. Dostawałam zadania, były konkursy. Doświadczyłam, że rysowanie może być jakimś zagadnieniem, czymś co trzeba przemyśleć.

Potem były studia na Akademii? Jak Pani wspomina tamten czas?
W liceum plastycznym i na studiach, to co mnie budowało, podtrzymywało i straszliwie frustrowało zarazem, to były korekty, pochwały i dezaprobaty. Ważna była akceptacja tego co robię, a z drugiej strony jej brak był jakąś straszną tragedią. Byłam bardzo zależna od ocen z zewnątrz. Proces podejmowania decyzji i trwania przy niej nastąpił już po studiach. Malowałam wtedy postacie w dramatycznych pozach rozdarcia, lecące w dół. Zależało mi na tym żeby wyrazić swoją frustrację. Niemożność wyrażenia jej była jeszcze bardziej frustrująca. Jakąkolwiek bym nie nadawała dramatyczną pozę tej postaci, jakkolwiek bym nie szarpała tej materii malarskiej, to wydawało mi się to ciągle jakieś martwe i tylko estetyczne.

Te obrazy zostały zamalowane?
One zostały nawet pocięte i w ogóle zniszczone. To odcięcie się od pewnego etapu życia było ważne, teraz też bym chętnie coś poniszczyła i odcięła się, ale to jest później trudne.

Zaczęła pani malować na płaskich tłach ubrania, elementy garderoby, osobiste przedmioty. Pojawiły się litery. Skąd na obrazach wzięły się nowe motywy?
Musiałam się pogodzić, że nie oddam tych wewnętrznych dramatów. Pomyślałam, że wyjściem jest zredukowanie środków wyrazu. Pojawiły się napisy w połączeniu z obrazem ubrań albo przedmiotów, takich, jak kosmetyki, czy torebki. Teksty które się pojawiały miały charakter surrealistycznego niedostosowania do obrazu. Oczywiście kiedy to przeżywałam nie było to takie logiczne. Dziś trudno odtworzyć powody tamtych decyzji ale na pewno pomogły mi drugie studia, w kolegium języków obcych. Wyrażanie się w obcym języku, zredukowanie słownictwa do o wiele mniejszego zasobu słów niż ma się w ojczystym języku uświadomiło mi, że ograniczając środki wyrazu mimo wszystko mogę coś powiedzieć. Wymaga to precyzji, świadomego budowania, myślenia. Inna jest gramatyka, inna budowa zdania. Czasem nie mogę się wypowiedzieć po polsku, a mogę pewne rzeczy przekazać w obcym języku, z o wiele uboższym zasobem słów.


Chcielibyśmy spytać o pracę „Nawracanie, oswajanie, tresowanie”. Jakie były okoliczności jej powstania?
Ta praca jest rzeczywiście dla mnie bardzo ważna. Billboardy w latach dziewięćdziesiątych były czymś stosunkowo nowym. Zajmująca się tymi nośnikami firma  AMS, o której oczywiście wcześniej nie słyszałam, postanowiła, że wykorzysta możliwości jakie daje reklama wielkoformatowa do prowadzenia galerii zewnętrznej i udostępni tę przestrzeń dla sztuki. Zajmowało się nią dwóch młodych wtedy ludzi, Marek Krajewski i Lech Olszewski. Mieli, jak się potem okazało, bardzo nowatorski i ambitny program. Postanowili zapraszać artystów, proponować im zaprojektowanie prac na billboardy, albo wykorzystanie gotowego dzieła. Rozmawialiśmy o moim udziale na początku całej akcji. Przede mną był Paweł Susid, który pokazał pracę „Złe życia kończą się śmiercią”.

Mieliście wolność?
Tak, kompletną wolność. Bardzo podobała mi się postawa kuratorów. Widać było, że podchodzą do tego poważnie i z wielką otwartością. Nie miało to nic wspólnego z reklamą. Jeśli chodzi o moją pracę to nie zakładałam, że będzie krytyczna. Wiedziałam, że nie będzie protestem przeciwko reklamom. Myślałam o sytuacji zerowej, która nie będzie ani na minus, coś negując, ani na plus, że chce się coś pokazać.

Hasło miało być neutralne?
Myślałam, że to będzie rodzaj pauzy w miejskim pejzażu. Wiedziałam też, że będzie to napis na gładkim tle. Chciałam, żeby to był rodzaj komunikatu. Skoro billboard jest nośnikiem treści, które chcą nas do czegoś przekonać za pomocą pochlebstw, zainteresować, zaciekawić, to że te słowa będą czymś obok, co jest jakby pod-komunikatem. Równolegle, przypomniał mi się taki film amerykański z lat osiemdziesiątych p.t. “Oni żyją” o najeźdźcach z kosmosu, którzy zamieniają osobowości ludzi, i oni nie są świadomi tego kto jest obcym, a kto jeszcze nie. Możemy zobaczyć, w jakim stopniu ten świat jest przejęty przez wrogie siły zakładając specjalne okulary. Wtedy widać było, że na wszystkich billboardach są pojedyncze słowa takie jak CONFORM, OBEY, CONSUME, czy BUY. Bardzo mi się podobały ten napisy.

Czy ostatecznie była to krytyka języka reklamy, jej funkcji społecznej? Jakiś rodzaj niezgody?
Chęć przyjrzenia się temu zjawisku, próbą rozłożenia na trzy stopnie takiego procesu, który zachodzi w relacjach ludzkich. Gdy chcemy żeby ktoś coś zrobił, najpierw staramy się go nawrócić, sprowadzić do naszego punktu widzenia. Nawracanie jest wdawaniem się w dialog, przedstawia się dowody, traktuje rozmówcę jak partnera.

Wciąga do gry…
Przy oswajaniu stosuje się inne metody, pochlebstwa, a tresowanie zakłada owszem nagrodę, ale i karanie, użycie siły.

Pamiętam, że ten projekt był bardzo głośny.
W moim odczuciu nie było jakiejś atmosfery skandalu, ale cały ten rozgłos, to było aż nadto. Byłam zaskoczona. W moim mniemaniu stworzyłam przekaz neutralny, nie prowokujący wizualnie. Komunikat nie zawierający obraźliwych treści, który jednak spowodował sprzeciw. Posądzano mnie o chęć zwrócenia na siebie uwagi za wszelką cenę. Było to nieprzyjemne, niesprawiedliwe i nieprawdziwe. Z drugiej strony pozytywne było to, że jednak słowa mają siłę. Mówi się o cywilizacji obrazkowej, a tu słowa mają takie duże znaczenie. Zdałam sobie sprawę, że te komunikaty działają.

Teksty, które pojawiają się na obrazach, przedmiotach, w instalacjach z jednej strony są emocjonalne, prywatne, a z drugiej zaangażowane w rzeczywistość. Wyczuwa się napięcie pomiędzy osobistym wyznaniem, a silnym komunikatem, który społecznie jest wyrazisty. Skąd się biorą?
Na początku większość była tekstami z gazet, tytułami, które zwracały uwagę, wpadały w oko. Różne zestawienia słów, wyrażenia, które zostawały ze mną na dłużej. Intrygowało mnie to, że oderwane od kontekstu artykułu, zachowały bardzo dużo ekspresji. W niektórych tekstach podobał mi się rozmach, brak hamulców, w tym wyrażaniu, w sensacyjności. Takie zwroty jak na przykład MAŁOLETNIE ZABÓJCZYNIE, czy pojedyncze słowo np. KRWAWA

albo ZARAZA…
No chociażby ZARAZA, prawda? Po jakimś czasie zapominałam jaki był pierwotny kontekst, do czego to słowo się odnosiło, ale emocja istniała w dalszym
ciągu.

Słowo ZARAZA działa.
Jest dla mnie ciągle mocne. Są takie słowa, które się przyczepiają, przychodzą jako wyraz pewnej frustracji, odczuć. Nie nazywają tej emocji, ale z nią współbrzmią.

To zawsze jest ten sam krój pisma, litera jest czarna, umieszczona na cielistym tle?
Nie zawsze. Odcienie tła się różnią. Podoba mi się, że zredukowanie koloru liter do czerni pozostawia większe pole emocji, która jest przez nie wyrażana.

Litery są odmalowywane.
Bardzo lubię litery malowane z szablonu, ale proces malowania pozwala mi na dłuższe bycie z tym słowem.

Wynika też z tego pewna niedoskonałość i poczucie, że to ludzkie działanie.
Kiedy znajdę słowo ono jest ze mną. Niesie ze sobą jakiś obraz. Ma swoją stężoną ekspresje. Nakładają się wtedy różne emocje. Ja to słowo maluję, raz, czy dwa. Czasami stosuje powtórzenia. W ten sposób próbuję wyczerpać potencjał jaki ma.

Znudzić się tym słowem?
Znudzić i porzucić (śmiech).

Przy projektowaniu swoich komunikatów, stosuje Pani redukcję, nie ma polskich znaków, przeniesienia nie odpowiadają zasadom pisowni. Czy to też jest część przebywania ze słowem, nasycania go tą emocją?
Gdy maluje się drzewo, czy martwą naturę, to wiadomo, że pewne rzeczy się upraszcza, bo tak jest lepiej ze względów formalnych. Nie chodzi o jak najwierniejsze oddanie, tylko żeby miało swoją prawdę obrazu. Podobnie jest z wyrazami. Maluję słowa jak przedmioty. Czasem jest to jedno duże słowo innym razem mniejsze, ale zwielokrotnione. Słowa mają różną ekspresję. Wielokrotne powtarzanie czasem daje nowy sens. Wyraz staje się obsesją albo może przez to stać się zupełnie pustym dźwiękiem. Wzmacnia się lub rozpuszcza. Czasem wystarcza jedno duże słowo. Są też inne możliwości, których nie daje obraz malarski, a które pojawiają się przy tworzeniu instalacji. Litery mogą być pozdzierane, albo np. poszarpane.

Krój pisma, którym się Pani posługuje jest zaprojektowany?
Wziął się oczywiście z przemalowywania nagłówków, które bardzo często były pisane krojem typu impact, ale nie tylko. Czasami używam odręcznie malowanych, innym razem gotowych, edytowalnych liter. W przypadku instalacji często używam kroju pisma zaprojektowanego na podstawie tych moich malowanych.
Czy są jakieś różnice przy tworzeniu obrazów i instalacji tekstowych? Czy to jest zawsze ten sam proces?
Obrazy powstają niezależnie od zewnętrznych okoliczności, z mojej osobistej potrzeby. Maluję je obojętnie od tego, czy będę miała wystawę, czy nie. Natomiast inaczej traktuję instalacje tekstowe. One powstają do konkretnego miejsca. Są to wypowiedzi jednorazowe, rodzaj dialogu, z tym, który mnie zaprasza. Biorę też pod uwagę, że dana przestrzeń ma swoją atmosferę. Dlatego projekt dla firmy AMS był dla mnie taki ważny. To była pierwsza sytuacja, w której coś konkretnego zostało mi zaproponowane, ustalone były warunki, zaproponowane medium. Sama bym nie wpadła na to, żeby pokazać swoją pracę na billboardzie. Cenię to, że ktoś zaprasza mnie żeby zrobić coś w miejscu, w którym ja sama bym się nie znalazła.

Czy Pani prace są, w jakimś sensie, dialogowaniem z innymi artystami?
Każdy artysta żyje i pracuje w kontekście nie tylko rzeczywistości ale i sztuki. Inspirują mnie różne postacie i niekoniecznie są to artyści wizualni. Nie odbywa się to zresztą bezpośrednio. Wydawałoby się, że oczywiście ważna jest Jenny Holzer, ale malując myślę np. o materii w obrazach Luciana Freuda. Gdybym miała inaczej jeszcze odpowiadać na to pytanie, podawać nie artystów, którzy są mi formalnie bliscy, ale takich którzy mnie inspirują, mówiłabym na przykład o pisarzach.
Pani malarstwo zbliża się do poezji?
No tak, ale to jest strasznie szczątkowa poezja, ma formę jednego słowa. Chociaż niektóre serie obrazów, gdy je kończyłam okazywały się mikro opowiadaniami. Składało się to później w pewien opis sytuacji, skondensowaną opowieść na przykład: MATKA KŁAMIE, OJCIEC UMARŁ.

Próbą opowiadania?
Tak, które się nie rozwinęło. Zostało przy tytule.

Czy przyglądanie się drodze, którą odbywa Pani tworząc swoje prace, może stać się pretekstem do prowadzenia zajęć artystycznych?
Sama, gdy prowadzę zajęcia, to często pokazuję prace artystów, którzy zajmują się wybranym obszarem czy problemem i proponuję powtórzenie ich gestu artystycznego.

Czy sposób w jaki Pani pracuje można nazwać metodą?
W pewnym sensie moją metodą jest ograniczenie, zaproponowanie formy, którą można wypełniać własną treścią. Próba znalezienia takiego algorytmu, który pozwala na wygenerowanie czegoś co może być bardzo własne, indywidualne.

Rzeczywiście można spojrzeć na Pani prace jak na algorytmy.
Dlatego bardzo jakby bliski był mi Georges Perec którego pisarska twórczość podlegała różnorodnym, narzuconym sobie rygorom; podobało mi się to, że on potrafił nazwać to co robi. Podać informację, że ta książka została napisana w ten sposób, a ta zupełnie inna książka została napisana w inny sposób, i że możemy to powtórzyć (śmiech).